przejdź do opisu książki
Cezary ZbierzchowskiInnego nie będzieCztery miesiące po Apokalipsie cały świat próbuje udawać, że nie stało się nic ostatecznego. Twierdzi głośno, że dotknęła go plaga, jakich wiele spadło już na ludzkość, a z takich doświadczeń zawsze wychodzi ona z dumą, pokrzepiona nową wiarą w człowieczeństwo. Być może tylko ja, choć wyglądam jak kloszard i wałęsam się po mieście, rozumiem, czego doświadczyliśmy. Wrażenie potwornego osamotnienia przenika mnie do głębi i nie pozwala zasnąć. Kiedy chodzę do parku i przyglądam się spacerującym ludziom, czuję, że wpadam w obłęd. Ślady stóp na śniegu, dzieci lepiące bałwana, twarze zaczerwienione od mrozu... Radość z każdej sekundy życia, z zabawy, z wolnego czasu, jakby nic się nie zmieniło. Gdybym nawet im powiedział, nie uwierzyliby. Ktoś podniesie z ziemi bryłę lodu i pierwszy rzuci w moją stronę. Każdy, kto wspomina o śmierci, uważany jest teraz za bluźniercę. Koniec świata nastąpił we wtorek, dwunastego sierpnia około godziny czwartej rano. Ja w tym czasie spałem twardo na prostym, drewnianym tapczanie i nie miałem o niczym pojęcia. Gdyby ciekawość nie przygnała mnie wcześniej do klasztoru prowenów, żyłbym pewnie w przekonaniu o własnym szczęściu, opłakując dalekich krewnych i znajomych. Oddałbym kilka lat życia, żeby móc to zmienić, ale nikt nie proponuje mi takiej transakcji.
Klasztor znajdował się na skraju Svericy, niewielkiej miejscowości u podnóża Gór Stromych. Zanim do niego dotarłem, kluczyłem długo wąskimi drogami, obok których co chwila otwierały się przepaście. Popsuta klimatyzacja samochodu chłodziła zbyt mocno, dlatego stanąłem przed bramą kamiennej budowli porządnie zmarznięty u schyłku upalnego dnia. Walcząc z dreszczami i chwiejąc się na nogach po kilkugodzinnej jeździe, musiałem wyglądać bardzo marnie. Jak sądzę, to właśnie sprawiło, że napotkany zakonnik wpuścił mnie do środka. |
| Próbowałem przekonać go, że trafiłem w to miejsce przypadkiem, ale nie chciał słuchać. Nie wierzył mi. Powtórzył tylko, że jeśli będę chory, mogę zostać kilka dni, bo najbliższy szpital jest daleko, ale zabronił opuszczania celi. Pokazał niewielką łazienkę mieszczącą się za ścianą i guzik nad oparciem łóżka, którym mogłem kogoś wezwać. Potem wyszedł, zatrzaskując za sobą ciężkie drzwi.
Usłyszałem szczęk zamka i od razu poczułem się niczym więzień. Nie sądziłem, że gospodarze będą trzymać mnie tutaj wbrew woli, ale i tak byłem wściekły. Nie potraktowałem serio tego, co mówiono o prowenach: że najważniejsza jest dla nich szybka i dokładna informacja, że nie odwracają się od techniki, a wręcz przeciwnie, korzystają często z jej osiągnięć. Przez moją głupotę, przez to, że przyjechałem służbowym samochodem, mogli łatwo, chociaż nielegalnie, dowiedzieć się, kim jestem. Straciłem szansę na spokojne wypytanie kogoś i rozejrzenie się po okolicy.
W poniedziałek rano stwierdziłem z lekką konsternacją, że gdy spałem, ktoś przyniósł mi do pokoju śniadanie. Spod przymkniętych powiek obserwowałem ruchy komunikatora, który rozgrzał się chyba jak piec od przesłanych wiadomości i prób połączeń. Wibrując, sunął wolno po drewnianym stole, aż dotarł do talerza, o który zaczął się obijać. Narobił przy tym piekielnego hałasu, bo i talerz, i leżąca na nim łyżka wykonane były z aluminium. Wyłączyłem go wreszcie, nie odczytując listów mrugających do mnie barwnymi ikonami. Musiałem się skupić. Zakon istniał od połowy ubiegłego wieku, a jego założycielką była Iva Palmi, dwudziestoletnia pielęgniarka, pochodząca z ubogiej rodziny. Podawała się za wcielenie człowieka o nazwisku Prowe, policjanta z Rammy, który na kilka miesięcy przed śmiercią doznał serii religijnych objawień. Spisy- |
| wał je w punktach i w formie traktatu publikował anonimowo w Synecie. Iva opiekowała się Prowem, kiedy został ciężko ranny w strzelaninie. Twierdziła, że umierając, przekazał jej nie tylko swoją wiedzę, ale również część osobowości. Wydawało się to szyte grubymi nićmi i typowe dla wszelakich sekt, jednak, zdaniem autora artykułu, ta prosta dziewczyna dysponowała ogromną wiedzą, w tym również z dziedziny kryminalistyki. Znała także najróżniejsze szczegóły z życia Prowego oraz z powodzeniem podjęła się interpretacji jego tekstu. Pikanterii dodawał fakt, że w sprawę, jako opiekun Ivy, zamieszany był doskonale znany mediom multimilioner i wynalazca, Sebastian Brams. Zakon prowenów został stworzony na fundamentach jego stowarzyszenia naukowego, które w przeszłości oskarżano między innymi o powiązania z lewicowym ekstremizmem. Sam zakon miał także kłopoty, nie tylko z Watykanem, który od początku nastawiony był do niego bardzo negatywnie, ale również z policją i tajnymi służbami. Ze wszystkich opresji wyszedł jednak zwycięsko i po około sześćdziesięciu latach istnienia nadal rósł w siłę.
Od samego początku oskarżano prowenów o skrajne wypaczenie chrześcijańskiej idei równości. Twierdzili oni otwarcie, że niewielka część ludzi dostąpi zbawienia z tej prostej przyczyny, że tylko nieliczni spośród nas posiadają duszę. Znalazłem wypowiedź Ivy, w której szacowała ona, że co dziesiąty człowiek jest, jak to nazwała, Domem Boga. Na dodatek, z tych, którzy otrzymali duszę, nie wszyscy mieli być zbawieni. Postępując wbrew takim zasadom, jak umiłowanie prawdy czy dążenie do doskonałości, można było zabić w sobie boską cząstkę, czyli plazmat. |
|
Było coś w tonie jego głosu, co odbierało rozmówcy pewność siebie. Kiedy zaprosił mnie do stołu i jedliśmy wspólnie, nie mogłem przerwać kłopotliwego milczenia. Od razu poczułem, że jest to spożywana zbyt wcześnie ostatnia wieczerza, którą nazwałem w myślach ostatnim lunchem. Stasys polecił, żebym przygotował się do drogi, ale nie chciał wyjawić powodów tej decyzji - stwierdził tylko, że są ważne. Wspomniał wtedy o oczekiwaniu i spełniającym się proroctwie, które pozostanie zakryte przed ludźmi. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że właśnie ten moment odmienił całkiem mój los. Na pożegnanie życzył mi, by jutrzejszy dzień okazał się szczęśliwy. Nie słyszałem dobrze jego słów, zagłuszył je warkot uruchamianego silnika. Poza tym rozsadzała mnie wściekłość, której nawet nie próbowałem ukryć. Zostałem nie tylko ośmieszony, ale również zwiedziony obietnicą pomocy, która nie miała pokrycia. Tak właśnie myślałem, jadąc z klasztoru w kierunku położonej w dolinie Svericy. W innych okolicznościach pewnie podziwiałbym piękno gór albo wdał się z kimś w długą rozmowę przez telefon, zamiast tego przecierałem spocone czoło i wpatrywałem się z wysiłkiem w szarą wstęgę szosy. Po przeciwnej stronie miasteczka znalazłem niewielki pensjonat i zapłaciłem z góry za trzy dni, mając nadzieję, że coś wymyślę. Chciałem wypytać mieszkańców o kontakty z zakonem i wyłuskać jakieś mniej znane, istotne fakty. Moja pierwsza próba spełzła jednak na niczym. Właścicielka pensjonatu, niemłoda już kobieta, była za bardzo zmęczona upałami, by silić się na rozmowę. Wskazała mi pokój na piętrze i wycofała się szybko do siebie. Siedziałem na twardym, przykrytym kocem tapczanie, słuchając przez ścianę krzyków jakiegoś dziecka i chłodząc twarz przy małym wiatraczku. Tego dnia dałem za wygraną. Wieczorem głos Naczelnego pobudził mnie boleśnie do życia. Jeszcze nigdy nie słyszałem w jego ustach tylu przekleństw i oskarżeń o lenistwo, nawet gdy przegapiliśmy małżeńską zdradę prezydenta. Rozwścieczony, kazałem mu iść do diabła, ale po tej kłótni nie potrafiłem się uspokoić. Znowu zacząłem szperać w Synecie i trafiłem wreszcie na oficjalną stronę prowenów. Interesująca mnie książka była, tak jak przypuszczałem, zbyt trudna dla laika, ale zamieszczony na tej samej stronie wywiad niejakiego Wima Gebera z ojcem Danielem Herbstem pomógł mi zrozumieć najważniejszą kwestię.
W. G.: Przez wiele lat pełnił ojciec funkcję rzecznika prasowego zakonu prowenów i odpowiedzialny był za kreowanie jego wizerunku w mediach. Skąd zatem decyzja o wycofaniu się z życia publicznego i poświęceniu pracy naukowej? |
| ciu zdaniach. A jeśli weźmiemy nawet pojedyncze twierdzenie, pamiętajmy, że słowa wyrwane z kontekstu stają się płaskie. W. G.: Istnieje jednak jakieś sedno tej hipotezy, które da się wyrazić bez zgłębiania wszystkich dodatkowych sensów i filozoficzno-religijnych kontekstów. D. H.: Rozumuje pan w sposób, który, zdaniem Luciusa, uniemożliwia zbawienie. Jest to tak zwane podzielenie świata. Próbuje pan skłonić mnie do wyciągnięcia z tej teorii ekstraktu i wyłożenia go czytelnikom, chociaż brakuje im odpowiedniego punktu odniesienia. Lecz skłamałbym mówiąc, że nie spodziewałem się tego rodzaju pytań. Świadomie godzę się na nie, tak jak akceptuję towarzyszące im trudności. Chciałbym jednak najpierw sam zadać pewne pytanie. W. G.: Proszę bardzo. Zastrzegam sobie jednak prawo do krótkiej odpowiedzi. D. H.: Pytanie, rzecz jasna, dotyczy kwestii religijnych. Mówiąc najprościej, chodzi mi o pana wyobrażenie na temat Ducha Świętego. Przed tą rozmową celowo pytałem wszystkich o wyznanie i pan zdeklarował się jako katolik. Sądzę więc, że posiada pan jakąś własną hipotezę na temat, kim lub czym jest Duch Święty. W. G.: Rozczaruję ojca, ale nie mam wiele do powiedzenia w tej sprawie. Nie należę do gorliwych wyznawców, ani do badaczy Pisma Świętego. Duch Święty to część Trójcy, która występuje w Biblii jako biała gołębica i płonący krzew. I dar języków, którego w ogóle nie rozumiem. Kiedyś nawet próbowałem zastanawiać się nad tym, ale doszedłem do wniosku, że chrześcijanie nazywali Duchem Świętym natchnienie czerpane z głębokiej wiary. Albo siłę moralną, którą przeciwstawiali zewnętrznemu uciskowi. D. H.: Otóż nic bardziej błędnego. Nie dziwię się, że ma pan kłopoty ze sformułowaniem jakiejś teorii na ten temat, że porusza się pan w obszarze kilku stereotypowych wyobrażeń i skojarzeń. To zasługa Kościoła, który, naszym zdaniem, świadomie oddziela wiernych od wiedzy, od gnosis. Duch Święty to najważniejsza postać Boga, ponieważ jest to postać stale obecna na ziemi. Nazywamy ją plazmatem i, jak pan z pewnością wie, twierdzimy, że rozwija się w części z nas. Bóg Ojciec, czyli pierwotny byt sprzed powstania znanego wszechświata, dał początek materii, przemieniając się w nią w gwałtownej reakcji. Syn Boży, czyli Zbawiciel, stanowi okresową kondensację plazmatu, która przyspiesza rozwój duchowy ludzkości. Ale tylko Duch Święty, będący sumą wszystkich pojedynczych dusz, przebywa tu stale i bezpośrednio wpływa na nasze życie. W. G.: W jaki sposób? Czy nie kłóci się to z pojęciem wolnej woli? D. H.: Nie, ponieważ dusza nie zmusza człowieka do czynienia dobra, ale odpowiedzialna jest za powstawanie w nim pewnych potrzeb, czy pragnień. Uważamy, że naturą Boga jest informacja, dlatego najważniejsza potrzeba z nim związana to potrzeba poznania prawdy, dążenie do wiedzy. Śmiem twierdzić, że należy stawiać ją wyraźnie przed miłością, która jest tylko jedną z wielu przeżywanych emocji. Nie da się ukryć, że wciągnąłem pana w ten wykład po to, by naszkicować tło do odpowiedzi na postawione pytanie. Otóż zjawisko opisane przez Kleina to odpowiednik tego, co chrześcijanie nazywają Sądem Ostatecznym. Naszym zdaniem plazmat ma charakter materialny, choć umyka ludzkiemu poznaniu. Wraz z przyrostem naturalnym i rozwojem intelektualnym ludzkości zwiększa swoją objętość, aż do osiągnięcia pewnej wartości krytycznej, po przekroczeniu której oddzieli się od ciał i opuści Ziemię. Zarzuci mi pan pewnie, że to czysto mechanistyczne podejście, ale moim zdaniem to dokładniejszy opis tego, co nasi przodkowie próbowali jedynie bardzo nieudolnie nazwać. Najwięksi uczeni, skupieni w katedrze teofizyki potwierdzili matematycznie, że masa krytyczna została już prawie osiągnięta i narodziny jednego dziecka, być może nowego Zbawiciela, mogą wywołać reakcję. Spodziewają się tego jeszcze w tym roku, co, powiem szczerze, nawet we mnie budzi niepokój. |
| W. G.: A zatem mamy przygotowywać się na koniec świata... Czy nadejdą jakieś znaki, zwiastuny tych zmian? Czy Ziemia ulegnie zniszczeniu, jak w biblijnej Apokalipsie? D. H.: Tego, jak sądzę, nie wie nikt. Nawet najdłużej medytujący i najbardziej oświeceni członkowie zakonu nie odważyli się na to, by dokładnie zapowiedzieć, co się stanie. Przypuszczamy jednak, że umrą tylko nieliczni. Świat może nie rozpoznać końca świata, jakkolwiek by to zabrzmiało. Używając metafory powiem, że światło odejdzie wraz z tymi, którzy mieli oczy. A przecież dla innych jego obecność nigdy nie miała znaczenia.
Proroctwa są niczym zapałki. Gasną po kilku sekundach, a trzymający je kurczowo ludzie parzą sobie palce. Wystarczy mały podmuch, przeciąg z uchylonego okna, by wszystko się skończyło. Jednak co jakiś czas zapałka wypada z ręki przerażonego dziecka albo wyrachowanego podpalacza. Coś zaczyna się tlić lub od razu wybucha wielki pożar. Od tej zapałki płoną wyschnięte wnętrzności.
Dwunastego sierpnia we wtorek obudziłem kilka minut po piątej. Słońce przebijało przez zasunięte żaluzje i oślepiało mnie. Próbowałem zasnąć, ale niepokój powrócił, gdy pod poduszką znalazłem swój komunikator. Sen zmorzył mnie wieczorem w trakcie przeglądania serwisów i tylko jakimś cudem nie zgniotłem delikatnego urządzenia. |
|
Po chwili dotarło do mnie, że przez kraj przetoczyła się fala zgonów, które na razie nie znajdowały wyjaśnienia. Ludzie umierali nad ranem, zazwyczaj na udar mózgu lub inne zaburzenia układu krwionośnego. Niewielka grupa dotkniętych "śmiercią we śnie" przeżyła, ale została całkowicie sparaliżowana. W potworniejącym z każdą chwilą chaosie próbowano liczyć przypadki i nieść pomoc, ale stawało się to prawie niemożliwe. Na dole ekranu pojawił się pasek z doniesieniami ze świata, które okazały się nie do przyjęcia. Tej nocy na całej Ziemi z niewyjaśnionych przyczyn umierały dziesiątki milionów ludzi. Przed oczami migały mi coraz straszniejsze obrazy. Przewalające się po ulicach tłumy, pożary domów i leżące na chodnikach zwłoki. Według komentatorów miał miejsce atak terrorystyczny z użyciem jakiejś supernowoczesnej broni, prawdopodobnie promieniowania wysyłanego przez satelitę. Wyrwani ze snu politycy uspakajali, naukowcy próbowali budować hipotezy, wojskowi zaprzeczali. Nikt nie wiedział, co się stało i czy to samo nie powtórzy się za chwilę. Wszystkie stacje nadawały właściwie identyczny program, oprócz tych, które w ogóle nie działały. Zacząłem się śmiać do siebie, jakbym postradał zmysły. Potem rzuciłem się na łóżko i leżałem nieruchomo, słuchając dalszych doniesień. Zjawisko było niezrozumiałe, bo śmierć atakowała czasem całe rodziny, czasem tylko pojedyncze osoby, a bywało, że spore obszary pozostawały nietknięte. Wyobraźnia zaczęła podsuwać mi różne obrazy. Na przykład widok wielkiego lotniska, gdzie wszyscy pasażerowie leżą martwi, albo obraz żony budzącej się rano obok zimnego męża, który wieczorem czuł się świetnie i prasował koszulę do pracy. I nagle zdałem sobie sprawę, że powinienem do kogoś zadzwonić, że pewnie wszyscy ludzie próbują teraz skontaktować się z bliskimi, a ja nie sięgnąłem nawet po telefon. Okazało się, że śmierć żadnej osoby nie była dla mnie aż tak ważna. Kiedy to zrozumiałem, coś się we mnie skurczyło. Zwymiotowałem wypitą herbatę i na trzęsących się nogach zacząłem biegać po domu. Rodziny, której dziecko hałasowało wieczorem za ścianą, nie zastałem u siebie. Pokój był pusty. Za to gospodynię odnalazłem na grządce za domem. Pieliła spokojnie ogródek, nic nie wiedząc o monstrualnej katastrofie. Próbowałem jej coś wytłumaczyć, ale chyba nic nie zrozumiała i przeraziła się głównie moim wyglądem. To nie miało żadnego sensu, więc wycofałem się do domu. Opętała mnie myśl, że muszę natychmiast pojechać do klasztoru. Porwałem z pokoju swoją torbę i pognałem do samochodu.
Sverica jeszcze spała, na ulicach nie widać było ludzi. Wydawało się, że śmierć ominęła to piękne miejsce, bo panował tu niepodzielnie sen. Przejechałem główną aleją i nie dostrzegłem żadnych oznak kataklizmu. Na polu, za granicą miasteczka małe dziecko prowadziło stado krów. Szczekający głośno kundel przez chwilę ścigał mój samochód.
Wyłączyłem radio, w którym działo się dokładnie to samo, co w telewizji. Zamiast słuchać tego bełkotu, czujnie rozglądałem się na boki. Kilka kilometrów dalej, w połowie drogi do klasztoru, zauważyłem na poboczu przewrócony motor. Zatrzymałem się. W rowie leżał przykryty skórzaną torbą listonosz. Z daleka widać było, że nie upił się - jak być może miał w zwyczaju - lecz nie oddycha. Przez głowę przebiegła mi absurdalna myśl, żeby ukraść jego torbę, ale zawróciłem i ruszyłem dalej. Droga pięła się pod górę, a w uszach czułem gwałtowne zmiany ciśnienia, jednak ledwie to zauważałem. |
| bronny niczym dziecko.
Może to absurdalne, że właśnie wtedy zastanawiałem się nad tym, ale przez głowę przelatywały mi setki myśli. Ktoś spuścił je z łańcucha i zachowywały się jak zgłodniałe psy. Każda kąsała mnie od innej strony. Cztery miesiące później wszystkie umarły w najdalszym kącie czaszki i zastąpiła je ciemność, ale wtedy miałem wrażenie, że rozsadzą mnie od środka. Waliłem jak oszalały w żelazne drzwi, aż jedne z nich ustąpiły, ukazując wąskie przejście do ogrodu.
Klasztor wydawał się pusty. Ani na dziedzińcu, który zostawiłem za sobą, ani w korytarzu prowadzącym na tyły budowli, nie dostrzegłem nikogo z mieszkańców. Dwa dni wcześniej, w drodze do celi naliczyłem w parę minut kilkanaście osób. Ogarniał mnie coraz większy lęk. Wszedłem do ogrodu, czując lodowate dreszcze, wędrujące po kręgosłupie. |
|
- Te strzępki plazmatu, które pozostały tutaj, nie przetrwają bez energii płynącej z całości. Przykro mi, ale jedyne, co może cię spotkać, to obłęd. Twoja niedojrzała dusza będzie skręcać się teraz w coraz większym bólu, dlatego lepiej zabij ją od razu. Jesteś w piekle, synu. Daleko od Boga i bez żadnej nadziei na Jego powrót. Na ziemi pozostały tylko rośliny i zwierzęta.
Spędziłem w klasztorze prawie cztery dni, siedząc w wielkiej sali telewizyjnej, gdzie z ekranu nie schodziły doniesienia o "masowym mordzie". Wyłączyłem dźwięk, bo nie mogłem znieść tego potwornego jazgotu. Co jakiś czas zasypiałem przy długiej ławie, na której leżał pokruszony chleb i stało kilka butelek wody. Bałem się szukać innego pożywienia, bo za większością drzwi znajdowali się martwi ludzie. Wydawało mi się nawet, że w budynku zaczyna już cuchnąć. Stasys nie pojawił się ani razu, a ja zacząłem wpadać w stan podobny do katatonii.
Dwunastego sierpnia na całym świecie zmarło równocześnie ponad sto milionów osób. Ta liczba wydaje się ogromna, ale to zaledwie jeden procent populacji. W miejscowości takiej, jak Sverica, która liczy stu pięćdziesięciu mieszkańców, zmarł tylko jeden człowiek, listonosz. Gdyby nie telewizja i radio, nikt nie dopatrzyłby się w tym niczego godnego uwagi. |
| Za niecałe dwa tygodnie chrześcijanie będą znów obchodzić Boże Narodzenie. Dziwne święta, obchodzone po odejściu jubilata. Zachowują się niczym rodzice, których ukochane dziecko ginie pod kołami samochodu, a oni w każdą rocznicę urodzin przynoszą mu na grób prezenty. Tego dnia będę myślał o Stasysie, który podobno uciekł i nie dał się schwytać. Każdego dnia widzę, jak pochyla się nade mną i mówi spokojnie: "Innego końca świata nie będzie, innego nie będzie". |